3 października 2014

Czy warto kupić torebkę Wittchen w Lidlu? Stan po roku używania

Doszły do mnie słuchy, że w Lidlu ponownie dostępne będą w sprzedaży torebki Wittchen. Ja swoją kupiłam niemalże równo rok temu i ze względu na pytania pojawiające się w komentarzach i prywatnych wiadomościach postanowiłam napisać jak torebka się sprawuje i czy 249 zł to kwota, która warto wyłożyć za ten produkt.

Torebki używałam przez rok bardzo intensywnie. W zasadzie dopiero teraz w czasie wakacji chwyciłam za jakieś inne sztuki zalegające mi w szafie, nosiłam też coś mniejszego i Wittchenowa torba mogła odpocząć.  Przez pozostałe 10 miesięcy była jednak mocno eksploatowana i zaobserwowałam następujące cechy zużycia się:


  • Przede wszystkim torba straciła nieco swoją formę. Nie jest tak sztywna i foremna jak na początku, zaczęła się odrobinę łamać  i sama pionowo postawiona na ziemi nie ustoi. To według mnie największy minus i najbardziej zauważalne defekt, ale wydaje mi się, że skóra się po prostu wyrobiła.




  • Zagięcia materiału powstające przy wiszących, krótszych rączkach zaczęły lekko pękać. Widać to w zdjęciach na ogromnym makro. Co więcej, tych krótkich rączek wcale tak dużo nie używam, najczęściej nosze torbę na długim pasku. Ale najważniejsze: w okolicy gdzie jest ten pasek zaczepiony zużycie jest minimalne, a najbardziej bałam się właśnie o przetarcia i pęknięcia powstałe w tych miejscach. Wciąż uważam, że pasek torebki jest troszkę za wąski. Po roku jest w bardzo dobrym stanie.




  • Rogi od spodu delikatnie się wytarły, jest to jednak obszar mniejszy od grosika.

  • Nie mieści się w niej podkładka do pisania i wtedy nie mogę zapiąć zamka ;-).


Jeżeli chodzi o samą jakość torby to uważam, że jest lepsza od syntetyków, ale nie wiem czy nie wolałabym zainwestować jeszcze większej kwoty i zakupić coś ze skóry lepszej jakości. Wtedy jednak nie dysponowałam budżetem 500zł na torebkę, miałam inne wydatki w planach i z oczyistych względów zdecydowałam się więc na Lidla. Miałam okazję porównać przez wiele lat używaną torebkę tej marki zakupioną w salonie Wittchen ( buziaki dla Patrycji! ) i czułam bardzo dużą różnicę. Materiał na wspomnianej torbie był miękką, wyrobioną skórką i torba po bodajże 4-5 latach noszenia wyglądała tak jak moja po roku!


Jeżeli ktoś mnie pyta czy jestem zadowolona i czy polecam to muszę się zawsze zastanowić i nawet w jakimś mailu odpisałam, że w zasadzie to chyba nie. Prawdopodobnie przez tą utratę formy torebki. Ale jak gruntownie przemyślałam sprawę i bardzo wnikliwie przyjrzałam się mojej torebce, doszłam do wniosku, że te 249zł wydane rok temu póki co dobrze mi służy, bo jeszcze dobre parę miesięcy za moją główną torebką rozglądać się nie muszę. Rok temu napisałam, że mam nadzieję, że przez co najmniej 1,5 roku torebka mi będzie towarzyszyć i myślę, że zostanie to całkowicie spełnione oczekiwanie. 

Wiec prawdę mówiąc, jeżeli podoba Wam się forma tych toreb to lećcie do Lidla na otwarcie i walczcie o swoje ;-). Ja noszę w torebce codziennie masę rzeczy, często jest przeładowana i przepełniona i po roku nadal nie muszę się martwić o nowy zakup. Jeżeli jednak szukacie przede wszystkim skóry świetnej jakości to proponuje dołożyć jakieś co najmniej 100-200zł więcej i szukajcie gdzie indziej.
Lidl  to w końcu nie Furla, co nie ;-) ?

Całuję!
M.


PS. Ostatnio na Instagramie poinformowałam, że najprawdopodobniej nieuchronnie zbliża się koniec mojego blogowania. Do myśli tej już dojrzałam, do ostatniego posta chyba jeszcze nie... Jeżeli chcecie być ze mną na bieżąco to zapraszam do śledzenia @lavieselonmarie

11 września 2014

Tesco Ezakupy - co, jak i dlaczego?

Wielu z nas żyje w ciągłym pośpiechu, a mimo braku czasu wciąż dokładamy sobie nowych obowiązków i staramy się wycisnąć z doby jak najwięcej. Często w momencie, kiedy najchętniej pojechalibyśmy na siłownię/poleżeli w wannie/wyszli na spotkanie okazuje się, że lodówka pusta i trzeba zmienić cel na najbliższy market. Następnie czeka nas przepychanie się między ludźmi, stanie w kolejkach i pakowanie zakupów. Nawet dwie godziny zostają wykasowane z życiorysu. Czasami będąc w sklepie w tzw. godzinach szczytu, kiedy wszyscy po pracy zobaczyli puste lodówki, nie mam później nawet chęci włożenia wszystkich produktów  na ich miejsce bo cale to przedsięwzięcie i tak kosztowało sporo wysiłku i stresu. 

Jeżeli nie macie czasu i ochoty na łażenie po sklepach to może spróbujcie przekonać się do zakupów spożywczych w internecie? Od razu podkreślę, że nie jest to żaden wpis sponsorowany, nikt z Tesco nie kontaktował się ze mną, a wyboru sklepu dokonaliśmy sami. Wiem, że w różnych miastach różne sklepy proponują opcję zakupów z dowozem, trudni się tym Alma i często różne lokalne sklepy. U nas ze względu na prostotę obsługi, szeroki asortyment i dobre ceny jest to właśnie Tesco.
Marka ta co raz bardziej rozszerza swoją działalność dotyczącą zakupów z dowozem do domu, a na poniższej mapce możecie zobaczyć miasta objęte akcją w momencie pisania przeze mnie tego posta. Widziałam, że można również podać swój kod pocztowy w celu zweryfikowania dowozu, a gdyby usługa była u nas niedostępna, to możemy zostać poinformowaniu mailem o jej wprowadzeniu.


9 września 2014

Mój kulinarny Kraków

Spędziłam ostatnio wspaniały weekend w Krakowie. Wypoczęłam, nagadałam się na wszelkie życiowe tematy, wyspałam się i zobaczyłam sporą część tego pięknego miasta. Prawdę mówiąc jeszcze nigdy nie było mi dane tak pozwiedzać Krakowa, dlatego niezmiernie cieszę się z tych wszystkich nowo odkrytych miejsc. Weekend to zdecydowanie za mało i przemierzając pieszo dziesiątku uliczek, starałam się zapamiętać miejsca do odwiedzenia przy kolejnej wizycie.

Wydaje mi się, że nie ma co zamęczać Was fotorelacją z całego wyjazdu. Nie mam nawet weny do napisania takiego tekstu. Pewien aspekt jest jednak dla mnie zawsze w wyjazdach bardzo ważny: jedzenie. Nie jestem jedną z tych osób, które ślepo prą do McDonalda, bo tam sprawdzone i smaczne, oj nie.... 
Chciałam krotko opisać nasze kulinarne przystanki, ponieważ uraczyłam swoje podniebienie wspaniałymi smakami, a taką wiedzą uwielbiam się dzielić z innymi. I nie mam na myśli jedynie obwarzanków :). W drodze do Krakowa wyszukałam parę miejsc godnych uwagi, inne same wpadły mi w oko lub zostały polecone przez znajomych. Znajdują się w różnych miejscach miasta, więc może w ramach wypadu do Krakowa natraficie na swojej drodze na któryś z tych kulinarnych zakątków.

***


31 sierpnia 2014

AA płyn micelarny z kwasem hialuronowym

Płyn micelarny towarzyszy mi każdego dnia. Najczęściej staje się u mnie godnym zakończeniem procesu demakijażu, kiedy przecieram nim twarz po uprzednim użyciu żelu i wody. Tak najbardziej lubię oczyszczać moją cerę. Czasami zdarza się jednak, że chwytam po niego w celu wstępnego zmycia mocnego makijażu oczu, lub umycia twarzy kiedy w zasięgu ręki nie ma dostępu do bieżącej wody i innego myjadła.
Płyn AA to jeden z wielu przedstawicieli miceli na naszym rynku, bo przyznacie chyba, że ich oferta jest niesamowicie różnorodna. Buteleczkę dostałam parę miesięcy temu od przedstawicielki marki Oceanic i dziś chciałabym się z Wami podzielić moimi wrażeniami.






Płyn pochodzi z serii 30+, przy czym uważam że oznakowania wiekowe na produktach do oczyszczania cery zazwyczaj są zbędne. Według zapewnień producenta powinien służyć nam do demakijażu twarzy i oczu. Pantenol, kolagen, kwas hialuronowy i ekstrakt z alg mają pielęgnować i nawilżać naszą skórę. Za opakowanie 200ml należy zapłacić 13-16zł

Od płynu micelarnego wymagam dobrego oczyszczenia i pozostawienia skóry odświeżonej i niepodrażnionej. Płyn AA zmywa makijaż całkiem dobrze, przy dłuższym potrzymaniu na oku rozpuszcza nawet żelowe eyelinery, aczkolwiek w tym przypadku muszę potrzeć powiekę nieco bardziej niż bym chciała. Jego zdolności oczyszczające przy mocniejszym makijażu oceniłabym na trójkę z plusem, a przy codziennym makeupie radzi sobie nieco lepiej.

Szczególną uwagę chciałabym zwrócić jednak na dwie właściwości, które jako pierwsze przychodzą mi na myśl. Chyba ze względu na mocne zdolności nawilżające kosmetyku, moja mieszana cera po użyciu owego micela nieprzyjemnie się lepi. Uczucie po chwili nieco przemija ( warstwa wchłania się ), aczkolwiek odbiera mi nieco tak pożądanej świeżości. Uważam, że z tego względu będą z niego zadowolone przede wszystkim osoby posiadające cery suche, a tłuścioszki i mieszańce niech sięgną po coś innego.

Drugi aspekt, na który muszę zwrócić uwagę, to powstawanie piany na waciku i twarzy. Nie udało mi się jej uwiecznić na zdjęciach, ponieważ dość szybko znika, ale wolałabym aby się nie pojawiała. Przez to zjawisko oraz uczucie lepkości, mam ochotę po zastosowaniu micela ponownie ochlapać twarz zwykłą wodą z kranu.

Micel przetestowałam tutaj na trzech produktach do makijażu ( od góry ): kredka do ust Inglot, żelowy eyeliner Maybelline oraz szminka Kate Moss.
1. Przed
2. Dwa przetarcia skóry z nasączonym wacikiem
3. Kilkukrotne tarcie z lekkim przytrzymaniem wacika. Produkty do ust dały za wygraną.


Nie sięgnęłabym ponownie po ten produkt i zapewne na moją opinię duży wpływ ma fakt, że nie mam cery suchej. Cieszę się jednak, że mogłam go wypróbować, ponieważ Oceanic ma w swojej ofercie wiele perełek, o czym sama już zdążyłam się przekonać. Moja opinia nie oznacza jednak, że już nigdy nie sięgnę po micel marki AA. W swojej ofercie posiada ona tak wiele płynów micelarnych, że na pewno jeszcze jakiemuś dam szansę. ( Szczęściary z nas, że mamy w Polsce dostęp do takiej różnorodności! )

Całuję!
M

27 sierpnia 2014

MAC róż Well Dressed

Trzy miesiące temu dostałam od D. wspaniały prezent. Po odebraniu mi w sklepie odłożonych spodni do zakupów dorzucił niespodziankę w postaci różu, do którego zaczęłam wzdychać już dawno temu. Kto ma wspaniałego faceta, no kto? :)

Róż Well Dressed zawdzięcza swoją popularność w Polsce nikomu innemu jak Nissiax83, która od lat nosi go na policzkach w swoich filmikach. Nie ukrywam, że ja również właśnie od niej zaraziłam się tym MACowym chciejstwem. Trudno jednak być na nie odpornym: świeże, dziewczęce poliki w każdym kolejnym filmiku przyciągały moją uwagę, a jeżeli śledzicie poczynania Agnieszki na YouTube to doskonale wiecie o co mi chodzi.

Za klasyczny prasowany róż w salonie MAC należy zapłacić 96zł. Otrzymujemy w tej cenie 6g produktu, który ( nie wiem jak w przypadku innych odcieni ) jest potwornie wydajny. Zdjęcia w poście były wykonane w dość długim odstępie czasu. Tam, gdzie dość wyraźnie możecie zobaczyć żłobione rowki róż używany jest każdego dnia przez około 1,5 tygodnia. Zdjęcia prezentujące bardziej wytartą powierzchnię to róż po trzymiesięcznym, codziennym użytkowaniu. Jeżeli chodzi o stosunek wydajności do ceny to jest on naprawdę świetny, aczkolwiek znacznie tańsze wypiekane róże Bourjois również są niemalże niemożliwe do zużycia. MAC nie jest więc pod tym względem oryginalny, ale też oferuje moim zdaniem znacznie szerszą i ciekawszą gamę odcieni.

Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić, to będzie to opakowanie. Podobno mimo swojego wyglądu opakowania kosmetyków MAC są bardzo trwałe i mam nadzieję, że te plotki okażą się prawdą. Zabieram ten róż ze sobą na każdy wyjazd i plastikowe pudełeczko nazbierało już dość sporo rys na swoim przezroczystym okienku. Zamyka się bardzo dobrze i nie ma mowy o samootwarciu w czasie transportu, ale zastanawiam się, czy wytrwa ze mną tyle ile powinien przy swojej wydajności. No ale jeżeli ktoś ma ochotę na luksusowo zdobione puzderka to musi dorzucić 50-100zł i udać się do perfumerii po coś, co dodatkowo cieszy oko swoim blaskiem jeszcze przed użyciem. Ogólnie jednak podoba mi się bardzo minimalizm opakowań MAC.





Well Dressed prezentuje sobą wykończenie typu Satin. W mocnym zbliżeniu i przy odpowiednim świetle możecie zauważyć mikroskopijne drobiny na policzkach. Są one faktycznie rozświetlone satynowym blaskiem i osobiście jestem tym efektem zauroczona. Jest to eleganckie i świeże wykończenie.

Pigmentacja tego ocienia jest bardzo przeciętna. Jeżeli jednak potrafię zbudować na polikach zadowalający mnie efekt, to nie mam na co narzekać. Takimi produktami przynajmniej niezwykle ciężko zrobić sobie krzywdę i prawdę mówiąc przy każdej aplikacji udaje mi się osiągnąć przyjemnie roztartą, różową chmurkę. Do nakładania tego różu wspaniale używa mi się... mięciutkiego pędzla Eco Tools do pudru. Muszę namachać się nim nieco bardziej niż twardszym pędzlem do różu z Inglota, ale skóra jest wtedy idealnie muśnięta kolorem, a granice świetnie roztarte. ( Używanie tego pędzla jako aplikatora różów to moje osobiste odkrycie ostatnich miesięcy. Zastępuje mi popularny pędzel w kształcie jajka, którego póki co nie posiadam i tak właśnie sobie radzę )

Aplikacja różu Well Dressed jest krótko mówiąc dziecinnie prosta, w zależności od użytego pędzla bardziej lub mniej czasochłonna, ale o nieestetyczne różowe plamy naprawdę w tym przypadku trudno.

Róż utrzymuje się na mojej skórze aż do demakijażu, aczkolwiek tutaj na pewno duża rolę odgrywa użyty wcześniej podkład i typ naszej cery. Efekt jaki daje pozwolił mi odsunąć na parę tygodni w głąb szuflady wszystkie inne używane dotychczas róże. 
Odcień Well Dressed jest niesamowicie świeży i to podstawowe słowo, z jakim mi się kojarzy. Na palcu wydaje się trupio jasny, jednak roztarty na policzkach ujawnia zupełnie inne oblicze. Dodaje twarzy elegancji, odejmuje zmęczenie i pięknie zaznacza wypukłości swoim satynowym blaskiem. Miałam okazję malować nim również ciemnowłose dziewczyny i prezentował się wtedy równie ładnie.




Jak zwykle bardzo ciężko złapać mi makijaż na zdjęciu. Po lewej róż ledwo widać, po prawej natomiast nałożyłam go naprawdę sporo w celu pokazania jego odcieniu i połysku. W internecie znajdziecie pewnie całą masę lepszych swatchy ;-)



Jeżeli zastanawiacie się czy warto kupić róż za takie pieniądze ( niewiele jest w mojej kosmetyczce tak drogich produktów ) to odpowiadam: warto. Taki MACzek to inwestycja na lata, a odcień doda uroku każdej cerze. Osobiście mógłby to być mój jedyny róż i to pierwszy tego rodzaju kosmetyk, o którym mogę to powiedzieć. Wszystkim dotychczasowym kandydatom zawsze brakowało tego czegoś ;-).

Całuję!
M.