19 kwietnia 2014

Balsam do ust Tisane

Balsam Tisane to produkt niemalże legendarny. Od lat słyszę o nim ze wszystkich stron, wiele osób wyciąga go nagle z kieszeni płaszcza czy czeluści torebek i często widuję go w sklepach czy aptekach na wystawie. Ja zmierzyłam się z nim pierwszy raz dopiero parę miesięcy temu, kiedy opisywałam Wam moją walkę z pękającymi kącikami. Chwytałam się wtedy wszystkiego i moja desperacja pchnęła mnie do apteki, gdzie za 10 zł kupiłam malutkie, sześcienne pudełeczko z balsamem. 
Co prawda nie rozwiązał on mojego problemu z kącikami, ponieważ był on bardziej złożony, ale i tak należą mu się pochwały.




Zgrabniutki słoiczek zapakowany jest w kartonik, a zawartość pod zakrętką dodatkowo ochroniono folią aluminiową. Kupujemy na pewno produkt niemacany.
O higienie przy nakładaniu takich produktów można by sporo napisać. Jedni słoiczków nienawidzą, inni nie mają nic przeciwko. Przyznaję, że na pewno najlepszą opcją jest używanie balsamu na przykład tylko na noc, kiedy macamy go świeżo umytymi paluchami. Ale co zrobić kiedy mam po prostu słabość do aplikowania w ten sposób produktów do ust? Przyznaję bez bicia, że używam go w ciągu dnia.
Ja noszę ze sobą Tisane zawsze w torebce lub płaszczu. Przy aplikacji narzekam jedynie kiedy mam długie paznokcie, ale wtedy wierzchem płytki nabieram odrobinę i następnie wklepuję w usta.

Kiedy używam balsamu wiele osób pyta Co tak pięknie pachnie?, ponieważ w powietrzu unosi się cudowny, waniliowy zapaszek. Wspaniale otula usta treściwą pierzynką i sprawia, że od razu wyglądają one zdrowiej. Zabezpiecza przed działaniem czynników zewnętrznych i naprawdę regeneruje. To wszystko co mówi się o tym produkcie to najprawdziwsza prawda! 
Mimo miodowego odcienia w słoiczku, na skórze jest bezbarwny i nadaje takiego zdrowego, satynowego połysku. Nie wygląda jak bezbarwny błyszczyk, co jest atutem dla D. ponieważ po użyciu cieniutko Tisane nie wygląda jakby grzebał w mojej kosmetyczce. 

Na opakowaniu producent wspomina o dodatkowych zastosowaniach kosmetyku i uważam, że całkiem nieźle sprawdza się on przy skórkach, ale wtedy robi się nieco niewydajny. Do tego celu chętnie wypróbuję jego braciszka: balsam do paznokci 2x5.

Balsam bazuje na wosku pszczelim, który odpowiada za tą cudowną ochronną powłoczkę. Poza tym mamy tutaj oleje, miód, ekstrakty z ostropestu plamistego, melisy lekarskiej oraz jeżówki purpurowej i emolienty.




Czasami kiedy mierzę się z legendą kosmetyczną to doznaje dużego zawodu. Tak było w przypadku kultowego niemalże Estee Lauder Double Wear czy wiecznie wykupywanej ze sklepowych półek szmince Rimmel Airy Fairy. Tym razembyło inaczej i Tisane całkowicie się obroniło i trafiło do grona moich ulubieńców. Prawdę mówiąc nie mam potrzeby kupowania innych balsamów do ust, mimo że ze sklepowych półek macha do mnie ciągle flagowy produkt Nuxe i parę innych koleżków. Póki co zostanę jednak przy naszej rodzimej pozycji.


Z tego miejsca chciałabym Wam życzyć słonecznych i rodzinnych świąt Wielkanocnych. Nie wiem jak Wy, ale ja naprawdę lubię to świąteczne śniadanie i jego specjały. Szczególnie domowy pasztet z sosem tatarskim... :)
Smacznych jajek!

Całuję!
M.

18 kwietnia 2014

Odżywka Gliss Kur Hair Repair Oil Nutritive

Dziś będzie o jednym z tych produktów, które kupiłam totalnie omotana czyjąś recenzją. Natalia jest moim włosowym guru i niejednokrotnie sięgam po produkty, które poleca. W tym przypadku było tak, że jednego popołudnia czytałam jej bloga, a za parę godzin stałam już w kolejce do kasy dzierżąc żółtą butlę w dłoni. To był taki czas, kiedy szukałam odżywki, wszystko było na wykończeniu, a ja nawet nie wiedziałam gdzie spojrzeć i jak się na coś zdecydować.

Od pewnego czasu sięgam dość pewną ręką po tradycyjne, drogeryjne odżywki. Moje włosy teraz ledwie sięgają za ramiona, myję je 5-6 razy w tygodniu i po prostu eksperymentuję.

Odżywkę kupiłam już dwukrotnie, została parę dni temu rozcięta, aby wydobyć ostatnie dwie porcje kosmetyku, dlatego przyszedł czas na recenzję.




Prawdę mówiąc nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam kontakt z kosmetykami Schwarzkopf. Przez pewien czas skutecznie broniłam się przed tradycyjnymi produktami do włosów, a z tą marką chyba nigdy nie było mi po drodze.
Producent kieruje ten produkt do osób, których włosy mają tendencję do rozdwajających się końcówek i problemy z rozczesywaniem. Rzekomo o 90% zmniejsza rozdwajanie i naprawia uszkodzenia. Akurat :).
Za około 10 zł otrzymujemy 200 ml produktu w wygodnej butli umożliwiającej postawienie jej na dozowniku i zużycie niemalże do samego końca.

Zdecydowanym atutem tego produktu jest skład bardzo mocno obfitujący w oleje. Znajdziemy w nim też pantenol i keratnę, a silikony nie sprawiają, że włos jeży mi się na głowie, ponieważ lubię kiedy coś moje włosy w taki sposób zabezpiecza.
Sama konsystencja jest przyjazna, aczkolwiek odżywka jest moim zdaniem przeciętnie wydajna. Kiedy nakładam ją na wilgotne włosy to wydaje się z nich znikać i potrzebuję dość sporej jej porcji. Nie jest jednak rzadka i uciekająca z dłoni.

Działanie jest chyba najważniejszym aspektem. Wiele olejów i pantenol świetnie dociążają moje wysokoporowate włosy. Z produktem musiałam troszkę uważać i pilnować, aby został bardzo dobrze spłukany, a też stosowanie przy każdym myciu nie było wskazane, ponieważ jest to naprawdę bogata odżywka. Nie zawsze zdarza mi się omijać skórę głowy przy aplikacji takich kosmetyków, bo czasami efekt takiego eksperymentu jest zadowalający. W tym przypadku jednak produkt nie lądował na skalpie, ze względu na niebezpieczeństwo uzyskania przyklapniętej fryzury.
Odżywka dobrze dozowana sprawia, że włosy naprawdę są śliskie, odpowiednio obciążone i mięsiste. Sam fakt, że kupiłam ją dwukrotnie, świadczy o tym że to według mnie godny polecenia produkt w dobrej cenie.

Jeżeli miałabym się odnieść do obietnic producenta, to mogę napisać że włosy rozczesują się po zastosowaniu tego produktu bardzo dobrze, ale kwestia rozdwajających się końcówek jest chyba oczywista. Zabezpieczanie ich silikonami czy olejami na pewno zmniejsza ich rozdwajanie, jednakże odkąd mam dość krótkie włosy i noszę codziennie rozpuszczone, ocierające się o ramiona końcówki raczej nie mają szans i po prostu regularne podcinanie utrzymuje je w dobrej kondycji.






Całuję!
M.

17 kwietnia 2014

Instagram selon Marie #4

Zapraszam na kolejną porcję subiektywnie wybranych najciekawszych zdjęć, które pojawiły się na moim Instagramie. Z większa lub mniejszą częstotliwością dzielę się tam ze światem chwilami.

Przyznaję, że blogowego Facebooka mocno zaniedbuję, ale na Instagramie wszystko jest takie przejrzyste, proste, wszyscy obserwujący widzą zdjęcia które wrzucamy i nie musimy się martwić tym, że portal próbuje nas zmusić do wykupienia zasięg wśród własnych fanów... Czysta forma i brak udziwnień zdecydowanie przeciągają mnie na instagramową stronę mocy.
Jeżeli używacie Instagrama to znajdziecie mnie pod nickiem @lavieselonmarie, a teraz czas na zdjęcia.

***





Już od zeszłego roku planowałam zakup lenonek i teraz wreszcie się na nie zdecydowałam. Znalazłam je w I am i kocham te okulary. Uważam, że jak na cenę prawie 50zł ich wykonanie mogło by być lepsze, ale mimo poszukiwań w wielu sklepach nigdzie indziej nie znalazłam tak bardzo pasującej mi pary.
Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że nie jest to model, który pasuje każdemu. Najważniejsze jednak, że podobają się mnie samej :).





Kolejna burgerownia we Wrocławiu odkryta. Tym razem był to Pasibus, gdzie burgera zjemy pod chmurką i... co tu dużo mówić. Wrocławskie mistrzostwo.




Eksperyment ze stewią póki co zakończył się niepowodzeniem... Ale jeszcze całkowicie jej nie skreślam i postaram się z nią poeksperymentować.
W zasadzie jest to dla mnie gadżet, bo słodkiego smaku mi nie brakuje, ale ciekawość wzięła górę.







Ten moment roku, kiedy wszystko wokół kwitnie! 




Postanowiłam sprawdzić, czy podkład Lily Lolo może być jeszcze lepszy. Owszem, może! Mikronizowany dwutlenek tytanu zakupiony na Kolorówce dosypany do opakowania podkładu delikatnie zwiększył jego krycie i delikatnie zmienił zachowanie na skórze. Moim zdaniem podkład lepiej stapia się z nią.




Nie jestem wielką fanką Starbucksa, ale ich waniliowy rooibos to coś niesamowitego. Z jednej saszetki można otrzymać spokojnie cztery wielkie kubki pachnącego naparu, a sam aromat jest wspaniały. 



Dawno nic nie wywołało u mnie takiej fali śmiechu jak ten znak... Nie wiem skąd wynika jego wygląd: ludzkiego błędu, niezdecydowania, a może żartu? W każdym bądź razie na politechnice mamy takie właśnie miejsce parkingowe: dla niepełnosprawnych siedzących okrakiem. 



Jedyny bronzer jaki posiadam. Od dawna się wokół niego kręciłam i okazał się być strzałem w dziesiątkę! Wspaniały do konturowania oraz... zaznaczania załamania oka w minimalistycznym makijażu.






Nie mogłam się powstrzymać. Niestety nie krajowe i nieco sztuczne, ale pierwsza truskawka w sezonie zawsze cieszy.






Wspaniałe szminki Maybelline Hydra Extreme zostały wycofane... :(. Mam nadzieję, że to chwilowy stan i wrócą odświeżone i w większej gamie kolorystycznej.





Cukinia wszędzie i pod każda postacią. Zachorowałam ostatnio na to warzywo, a największym odkryciem okazał się cukiniowy makaron, który za pomocą obieraczki o warzyw robi się ekspresowo.




Zdrada...Co więcej, kochanek okazał się zdecydowanie lepszy od stałego partnera.
 Zapewne nie tylko ja za sprawą Idalii dałam szansę Annabelle Minerals. Pierwsze moje doświadczenia z formułą kryjącą tego podkładu były koszmarne. Matująca jednak... zachowuje się jak marzenie.
Po wielu miesiącach Lily Lolo spada na drugie miejsce podium. 




Na paznokciach naturalność przede wszystkim. 
Mleczne róże od wielkiego dzwonu i przeźroczysta odżywka na co dzień to coś, co od wielu tygodni noszę i nie potrafi mi się znudzić. W ogóle nie zwracam uwagi na posiadane przeze mnie lakiery i chyba po prostu się ich pozbędę. Po paru latach lakierowego szaleństwa, chyba z tego... wyrosłam :)








Urokliwa wrocławska Mleczarnia, gdzie zawitaliśmy na kawę i herbatę. Piękna zastawa.




Na temat tego produktu powinnam chyba napisać esej. Wszelkie tinty do ust były dla mnie ogromnym zawodem. Jak się okazało... po zdjęciu aparatu ortodontycznego przestały płatać figle. Mogę zapomnieć o utlenionych czarnych plamach na ustach.





Początek zmian na blogu. Lekkie odświeżenie, prosta forma. Nie piszę tak często jak kiedyś, ale chcę aby mój kącik wyglądał schludnie. 






Gigantyczna produkcja jaglanego brownie. Dla gości, dla nas do kubka z mlekiem, dla D. do pracy. Niezawodne ciasto. 





Drzewo genealogiczne mojej rodziny: cztery metry długości! Moja mama aktualizowała je na kolejny zjazd rodzinny.





Moja ukochana czworonożna blondynka! Nieoczekiwany weekend w rodzinnym domu obfitował w wiele zabaw i spacerów. Bardzo się za nią stęskniłam!






Mus jaglano-bananowy z orzechami i cynamonem. Pyszne niedzielne śniadanie.






Jedni mają fetysz ludzkich stóp, a mnie pociągają te psie ;-). Uwielbiam je pod każdym względem.





Wróciłam do sokowania. Nie wiem dlaczego na tak długo czas odstawiłam moją maszynę, ale obecnie znowu mnie cieszy i parę razy w tygodniu dostarcza mi gęstych, treściwych soków. Sokowirówki może i są szybsze, ale to chyba ich jedyna przewaga nad wyciskarkami.





Pierwszy domowy hummus z czystoziarnistym chlebem. Przepyszny lunch i zdrowe jedzenie w najczystszej postaci. Hummus na pewno będę wytwarzała nie raz, a i po chlebek wrócę do sklepu. 







Treściwy sok z marchewki, pomarańczy i cukinii.












To już wszystko w dzisiejszym instagramowym odcinku.

Miłego dnia!


M.

14 kwietnia 2014

Wrocław pod chmurką: Happy Little Truck i Taho Café

Przepraszam za zaistniałą ciszę, ale okazji do pisania nie było wiele. Albo brak czasu, albo brak laptopa pod ręką, a do tego różne inne obowiązki skutecznie odciągające mnie od tej drobnej przyjemności.

W międzyczasie blog zmienił delikatnie swój wygląd. Byłam już nieco zmęczona tym dziecinnym nagłówkiem, który mimo swojej radosnej strony, jakiś czas temu zaczął mnie drażnić. Obecna wersja na pewno nie jest tą, która zostanie na dłużej i chciałabym jeszcze parę zmian wprowadzić. Problemem jest często nie tylko czas, ale i umiejętności. Często coś sobie wymarzę, a potem nawet nie wiem z której strony to ugryźć i kończy się jedną wielką frustracją.

W dzisiejszym poście chciałabym zapoznać Was z pewnym gastronomicznym kącikiem, który pojawił się jakiś czas temu na mapie Wrocławia. Tu i ówdzie można od pewnego czasu zauważyć samochody, z których sprzedawane jest jedzenie. Bardzo podoba mi się to zjawisko, ponieważ promują one jedzenie najczęściej wysokiej jakości i jedyne w swoim rodzaju. Na coś takiego trzeba mieć po prostu pomysł.
Na temat ilości i dostępności takich miejsc rozwodzić się długo nie będę. Miasto zabrania rozstawiania ich na swoich terenach i ktoś chcący prowadzić takowy biznes musi szukać prywatnego właściciela, który udostępni kawałeczek swojej działki. Co więcej problemem jest pogoda, która z łatwością może pokrzyżować szyki osobom, które chcą serwować swoje dania pod chmurką.

W pewne piękne sobotnie popołudnie odwiedziliśmy Happy Little Truck ( FB ), gdzie możemy pożywić się pizzą z pieca opalanego drewnem oraz stojący w sąsiedztwie samochodzik Taho Café ( FB ), który dostarcza nam wszelkie napoje, a w szczególności kawę. 
Piec opalany drewnem działa na mnie zawsze jak najlepsza przynęta, nie mogłam sobie odpuścić :).




Samochody można znaleźć najczęściej w sąsiedztwie młyna Maria. Jest to parę kroków z placu Bema i zaraz obok Wyspy Słodowej. Odwiedzają również Wrocławski Bazar Smakoszy, na który wybieram się od miesięcy i dotrzeć nie potrafię.
Warunki jakie są, każdy widzi. Nie otrzymamy tutaj przytulnego wnętrza i schronienia przed wiatrem, dlatego najlepiej zawitać w typowo słoneczny dzień. Usiąść można na krzesełkach, a nawet na leżaczkach. W czasie naszej wizyty każdy stolik był przyozdobiony kwiatami, muzyka płynąca z głośników uprzyjemniała nasz pobyt i ogólnie podoba mi się bardzo cały zamysł tego przedsięwzięcia. 
Atmosfera fajna, nastrój osobliwy, ale przyjemny. Wiadomo jednak, że nie przyszliśmy tam podziwiać wątpliwych widoków tylko napełnić brzuszki pizzą.

Zamówiliśmy dwie sztuki i podzieliliśmy się nimi po połowie. Nasze wybory to Margherita oraz pizza z wędzonym serem, rukolą i pomidorkami koktajlowymi. Zapłaciliśmy odpowiednio 13 i 17 zł, a przez przeźroczyste ścianki wozu mogliśmy podglądać proces produkcji naszego obiadu. Po niedługim czasie otrzymaliśmy dwie pizze podane na papierowych talerzykach. Wyglądały naprawdę obiecująco!
Po degustacji doszliśmy do wniosku, że pizza jest smaczna, ale zdecydowanie za ciężka. Ciasto było cieniutkie, ale toporne i kiedy posiłek wystygł to smakowało mi co raz mniej. Lubię lekką pizzę, a w tym przypadku nawet D. ( mający z reguły totalnie odmienne upodobania ) stwierdził, że nad ciastem naprawdę wypada popracować.
Poza tym pizza z wędzonym serem była pozbawiona sosu pomidorowego, co sprawiało że była jeszcze cięższa do zjedzenia. Zapomniałam upewnić się, czy takie było zamierzenie, czy kucharz po prostu zapomniał, ale placek pokryty tylko zastygłym serem był ciężki do skonsumowania. Dla mnie to kiepskie połączenie.

Sytuacja zmusiła mnie do zaopatrzenia się w coś do picia, ponieważ nie byłam w stanie przełknąć do końca obiadu bez pomocy płynu. Udałam się do Taho Coffie po Cappuccino (chyba za 7 zł o ile mnie pamięć nie myli ), które było naprawdę dobre. Mimo, że kawoszem nie jestem i często na sam zapach kawy uciekam gdzie pieprz rośnie, to ta kawa z pianką była miłym towarzystwem do posiłku.





Podsumowując: chętnie wrócimy do tego kącika na szybką kawę, ale pizzę sobie odpuścimy. Będziemy nadal męczyć nasz ukochany Piec na Szewskiej, który przyzwyczaił nas do leciutkich placków pokrytych soczystym sosem pomidorowym. Wiadomo, że nie można wszędzie serwować tego samego, ponieważ było by nudno, ale Happy Little Truck nie podbiło naszego serca i pozostawiło przykre uczucie w żołądkach. Cieszę się, że spróbowałam i zawitałam w tę okolicę, ale powtórki z tego nie będzie.

Samochodowe jedzenia bardzo mnie wciągnęło i przetestowałam również polecanego przez Was Pasibusa. Rewelacja, ale o tym innym razem :)

Całuję!
M.

2 kwietnia 2014

Odżywka 4 Long Lashes a wypadanie rzęs

Efekty działania odżywki 4 Long Lashes są jednymi z najczęściej czytanych postów na moim blogu.  Trudno się temu dziwić, zapuścić długie rzęsy nie jest tak samo łatwo jak włosy na głowie czy nogach ;).
z tego też powodu postanowiłam rozwiać wątpliwości wielu osób i tym razem zamiast wychwalać długość czy gęstość rzęs przejść do rzeczy bardziej przyziemnych i napisać jak się to w praktyce wszystko toczy. Dostaję dużo pytań na ten temat i postanowiłam odpowiedzieć zbiorowo.
Czy po stosowaniu takiej odżywki, która u większości osób daje wspaniałe efekty, już zawsze będziemy miały rzęsy niemalże zarzucone na plecy? Otóż nie. A aspekt ich wypadania chciałabym omówić na dwojaki sposób. Są to według mnie rzeczy niemalże oczywiste, ale może nie jest tak dla każdego więc temat jest jak najbardziej godny poruszenia.



Po pierwsze często pytania odnośnie odżywki dotyczą tego, czy po zakończeniu kuracji rzęsy już zawsze będą wyglądały tak wspaniale?
Oczywiście że nie. A czy jeżeli Wasza cera sama ma tendencje do ściągania i wysychania, a Wy przestaniecie aplikować na nią krem to czy nadal będzie nawilżona? Czy włosy po odstawieniu odżywek i masek będą tak samo gładkie i lśniące? Stopy bez zmiękczającego kremu zostaną w dobrym stanie? Ta odżywka to tylko kosmetyk, a nie jakaś kuracja genetyczna i chyba wiele osób o tym zapomina. Kiedy przestajemy go stosować, to efekty zanikają, substancje czynne nie zostają w naszym organizmie aby pędzić włoski do wzrostu już przez całe nasze życie. 
Piszę to dlatego, że niestety zaczynają się tu i ówdzie pojawiać recenzje, w których wielkim minusem produktu jest to, że po zakończeniu kuracji i odstawieniu odżywki rzęsy stały się znowu liche i rzadkie. Nawet producent na dołączonej do opakowania ulotce podkreśla, że w celu podtrzymania efektów należy stosować kosmetyk parę razy w tygodniu. Oczywiście nie uważam, że owa odżywka musi podpasować każdemu, ale tego rodzaju opinia jest dla mnie nierzetelna. Owszem, szukajmy wad, ale takich które rzeczywiście nimi są.

Druga sprawa to stan rzęs w czasie kuracji. W zasadzie to zjawisko skłoniło mnie to napisania tego posta i zwrócenie uwagi na pewną oczywistość: każdy włos, także rzęsa, ma swoją określoną długość życia. W tym przypadku jest to średnio jest to 60-90 dni. 
Kurację odżywką 4 Long Lashes stosuję z drobniutkimi przerwami od początku listopada 2013. Udało mi się wyhodować rzęsy, z których naprawdę jestem zadowolona. Minął jednak pewien czas i zaczęłam znajdować po 2-4 wypadnięte włoski dziennie na policzkach, na przykład przy myciu twarzy. Obecnie wyglądają odrobinę mniej okazale niż przy poprzedniej aktualizacji, są nadal długie, ale troszkę rzadsze. Widzę to głównie po ich wytuszowaniu. To nic innego jak naturalny proces wymiany włosków, w miejscach ubytków widać malutkie rosnące rzęski i teraz znów potrzeba jedynie odrobinę cierpliwości. Jako że rzęsy ruszyły razem galopem na początku kuracji to teraz też w dość zbliżonym czasie kończą swój żywot: naturze można pomóc, ale jej nie oszukamy.
Piszę to, ponieważ podejrzewam, że wiele osób może się na odżywkę w tym momencie obrazić :). Ona jednak nie przykleja nam włosków na stałe do powiek i musza one kiedyś wypadać. Ja nie mam zamiaru strzelać fochów, kurację będę kontynuować,  a po odrośnięciu wszystkich włosków stosować już nie 7 a tylko 4 razy w tygodniu.

Wiem, że wiele z Was skusiło się na zakup tego produktu. Jestem bardzie ciekawa jakie efekty daje u Was? W moim najbliższym otoczeniu też sporo osób ją stosuje i chyba wszyscy są zadowoleni. Bardzo się cieszę, że Oceanic stworzyło produktu w zasięgu portfela większej części społeczeństwa.

Całuję!
M.