27 lipca 2014

Nasze 2+1

I tak to właśnie jest z moim czasem! Zapowiadałam Wam posta „ jutro”, a zrobił się z tego cały tydzień... przepraszam...W piątek skończyłam praktyki, więc istnieje pewna szansa, że będę miała trochę więcej czasu w zanadrzu. Wolę jednak nie zapeszać, a przejdę po prostu do sedna.

Rzeczą, którą od dłuższego czasu chcę się z Wami podzielić, jest informacja o nowym członku naszej rodziny. Raz czy dwa wspominałam w postach o naszych zamiarach, a nasze marzenie w końcu się spełniło.
Oboje jesteśmy psiarzami. Parę lat temu, podczas wyprowadzki na studia, każde z nas musiało pożegnać się ze swoimi psiakami, które zostały w rodzinnych domach. To rozstanie bardzo mnie bolało... Myśl o własnym czworonogu nie raz pojawiała się w naszych głowach, ale za każdym razem przeganialiśmy ją czym prędzej, bo nie był to dobry moment na taką życiową rewolucję. Prawdę mówiąc cały czas byłam pewna, że kolejnego szczeniaka wezmę w ramiona dopiero wiele lat po studiach, kiedy osiądę gdzieś na stałe. Parę miesięcy temu poczuliśmy jednak, że zarówno nasze zasoby czasowe jak i finansowe pozwalają nam na podjęcie tej ważnej decyzji i tak się wszystko zaczęło...!

Na wstępie pozwolę też sobie na małą dygresję, ponieważ pewne głosy już pojawiły się w komentarzach na moim blogu: świadomie kupiliśmy psa rasowego i proszę o uszanowanie naszej decyzji. Naprawdę nie rozumiem piętnowania takiego postępowania. Szanuję i przede wszystkim podziwiam osoby, które adoptują psiaki ze schronisk. My z paru względów nie chcieliśmy się na to decydować i nie chciałabym prowadzić na ten temat dalszej dyskusji.

Po wyjaśnieniu powyższej kwestii mogę przejść do sedna.
Wybór rasy z początku wydawał się być trudny, przecież tak wiele psiaków żyje wokół nas! Po zawężeniu obszaru poszukiwań i zdecydowaniu się na psa o konkretnym temperamencie i danej wielkości w końcu doszliśmy do porozumienia. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później zamieszka z nami rudzielec Nova Scotia Duck Tolling Retriever. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy kiedy, ale psy te zawładnęły naszym sercem.

Z początku wydawało nam się, że to jednak kolejne wakacje przeżyjemy pod znakiem niańczenia szczeniaka. Rasa ta nie jest bardzo popularna i bije ją pod tym względem na głowę kuzynostwo w postaci Goldenów i Labladorów, które również należą do rodziny Retrieverów. Z niemałą determinacją dzwoniliśmy po zdecydowanej większości hodowli w Polsce, odbywaliśmy długie rozmowy i tłumaczyliśmy ciekawskim hodowcom, dlaczego właśnie chcemy takiego psiaka. Taką ciekawość się chwali, ponieważ są to ludzie bardzo dbający o rozwój hodowanej przez nich rasy, a na szczenięta czeka się czasami niemal rok. To ważne, aby odpowiednie psy trafiły do odpowiednich ludzi. I tu prawie podwinęła nam się noga, ponieważ okazało się, że osoby, od których chcieliśmy nabyć pierwotnie psiaka, prowadzą jedyną ( jedną z niewielu ? ) niepochwalanych hodowli tej rasy w naszym kraju. To nie miejsce i czas na opisywanie tego procederu, ale pamiętajcie: nie wspierajcie pseudhodowli i psich fabryk. Wtedy też pożegnałam się z myślą posiadania psa i stwierdziłam, że widocznie nie było nam dane mieć do tu i teraz... To co wydarzyło się potem było chyba jakimś prawdziwym zrządzeniem losu!
Z nieba spadło nam ogłoszenie na stronie internetowej czeskiej hodowli. Wszystko działo się tak szybko... Koniec sesji, niespodziewana przeprowadzka i informacja o szczeniaku. Ostatni psiak szukał jeszcze domu i jak się okazało parę dni później... staliśmy się jego ludzkimi rodzicami :). Po nowego członka naszej rodzinki udaliśmy się aż do Pragi, skąd zdjęcia mogliście zobaczyć w poprzednim poście. Cała wycieczka zakończyła się wizytą w hodowli, poznaniem przemiłych właścicieli i wyjazdem w stronę Wrocławia z przesłodką ruda kulką zwiniętą na moich kolanach. I tak to się zaczęło :)

Poznajcie Aldora. Rudego psotnika, który rośnie w zastraszającym tempie, a jego ulubioną rozrywką jest aktualnie gryzienie naszych stóp. Jutro skończy 11 tygodni i w parę minut stał się pępkiem naszego świata.
Przez jego dziecięcy charakterek przebija się niezwykła inteligencja. Bardzo szybko zrozumiał podstawy zachowania czystości w mieszkaniu i zdecydowanie ułatwia nam tym sprawę. Oczywiście biegamy z nim na trawkę wiele razy dziennie i pojawiają się mokre wpadki, ale jego odpowiednie zachowanie to i tak ogromna część osiągniętego już sukcesu.
Z wielkim zapałem uczy się różnych komend i trików. Ważne jest, aby psa zmęczyć każdego dnia nie tylko fizycznie, ale też psychicznie! Co prawda, póki co robi wszystko dla ukochanych gotowanych serduszek drobiowych, ale zdecydowanie pomagają nam one wyciągnąć z niego na wierzch rudego aniołka :)). Często nieporadnie stara się zaprezentować parę komend na raz i popisać się na wszystkie sposoby, aby dostać smaczka. Taki cwaniaczek.










W sierpniu chcemy zacząć uczestniczyć w zajęciach w psim przedszkolu. Bardzo dbamy też o socjalizację Aldora. Nie przestrzegaliśmy ścisłej kwarantanny i wychodziliśmy z nim z mieszkania od samego początku, zachowując po prostu dużą ostrożność. Dzięki temu od pierwszych dni z nami ma kontakt z ruchem drogowym, rowerzystami, biegaczami, ludzi z wózkami dziecięcymi, komunikacją miejską ( nawet jechał już autobusem! ) i wszelkimi innymi zjawiskami, do których powinien się przyzwyczaić i zaakceptować ich istnienie. Mimo, że mieszkamy obecnie na 1. piętrze to od czasu do czasu zabieramy psa do windy, żeby przyzwyczaił się do uczucia jeżdżenia nią, chodzimy sobie na pętlę tramwajową przypatrzeć się tym głośnym potworom , wychodzimy z nim na podwórko w czasie deszczu, aby poznał różne zjawiska pogodowe i ludzi z parasolami... Można by naprawdę długo wymieniać, ale pokazywanie mu świata jest niezwykle fascynujące :). Mamy nadzieję, że dzięki naszym zabiegom będzie dobrze zsocjalizowanym psem i życie w mieście nie będzie mu ani trochę straszne.


I takie sobie właśnie wiedziemy życie we trójkę, a ta ruda piękność pochłania niemalże cały mój czas. Czasami wciąż nie wierzę, że mamy psiaka, ale już po chwili uszczypnie mnie szczenięcymi igiełkami tak mocno, że wracam na Ziemię :P
Wiele zdjęć Aldora zamieszkam na moim Instagramie, a wszystkie możecie znaleźć pod tagiem #Aldorthedog :). Serdecznie Was pozdrawiamy i wracamy do wspólnej zabawy!

Całuję!

M.

20 lipca 2014

Z wizytą w Pradze

W poprzedni weekend zawitaliśmy do Pragi. W piątek popołudniu przyjechałam do rodzinnego miasta, a w sobotę rano wyruszyliśmy w stronę stolicy Czech. Jak dotąd była tam tylko raz i to w grudniu. Było wtedy koszmarnie zimno i przez większość czasu skupiałam się na tym, aby nie odpadły mi odmrożone stopy ;-).

Tym razem pogoda nas rozpieściła i mogliśmy przejść przez miasto i podziwiać każdy jego szczegół. Niestety zobaczyliśmy jedynie ułamek Pragi. Nie starczyło nam czasu na liczne muzea, które chciałabym odwiedzić i ciekawe zakątki, o których wiele się naczytałam. Sobotnie popołudnie oraz wieczór, a także niedzielny poranek minęły jednak pod znakiem wielu przebytych pieszo kilometrów i licznych zachwytów nad tym pięknym miastem.


Poniżej parę zdjęć z wyprawy. Wybaczcie, nie jestem specjalista od fotografii i pod ręką miałam tylko telefon :). Mam nadzieję, że to co niżej zamieszczam i tak pozwoli Wam nieco poczuć klimat, który tam panował.
Mimo wielu turystów, po mieście spacerowało się nad wyraz spokojnie, a słoneczna pogoda i ciepła noc były naszymi sprzymierzeńcami.









Ostatnie zdjęcie to jednocześnie cel naszej wizyty w Pradze i zapowiedź kolejnego posta, o którym już dawno wspominałam... :) Poniżej możecie zobaczyć psią mamę naszego rudego maleństwa i w tle przemieszczającą się ze szczenięcą szybkością siostrzyczkę naszego psiaka. Jak zwykle poruszona fotka, bo psom pozowanie do portretów zdecydowanie nie w głowie. Na szczegóły jednak zapraszam Was jutro!

 Niecierpliwych odsyłam do mojego Instagrama (@lavieselonmarie), gdzie przedstawiłam rudzielca już w poprzednią niedzielę. :)



Całuję!
M.

PS. Spaliśmy w hotelu Prokopka, gdzie zabookowalismy miejsca internetowo dwa tygodnie wcześniej. Dzięki temu wyszło nas to znacznie taniej niż oferuje stały cennik tego miejsca. Hotel jest naszym zdaniem dobry polecenia i w przystępnej cenie, a na śniadanie w cenie można zjeść typowy czeski bufet szwedzki :). Obok hotelu znajduje się Tesco, a po niedługim spacerze możemy do syta najeść się czeskich specjałów U Houdka. Słynny gulasz i parę innych dań można dostać jednak tylko w tzw. porze lunchowej ( o ile pamiętam w godzinach 10-14 ). My za 16zł za osobę niemal się przejedliśmy i zapiliśmy wszystko piwkiem.


8 lipca 2014

Definicja braku czasu

Zasiadłam do napisania recenzji płynu micelarnego, ale skasowałam właśnie trzy powstałe akapity.

Ciężko mi się ostatnio bloguje.

Niejednokrotnie w życiu powtarzamy, że nie mamy czasu. Potem jednak dochodzą jeszcze nowsze obowiązki, kolejne zamieszanie i okazuje się, że w naszym napiętym grafiku wciąż się coś mieści, a doba staje się nieco elastyczna. Powtarzamy też, że im więcej obowiązków tym sprawniej nam wszystko wychodzi i okazuje się, że wciąż możemy więcej. Ze zdziwieniem doszłam jednak ostatnio do tej granicy wytrzymałości, kiedy stwierdziłam że więcej już w dniu nie upchnę i kropka. Nikomu tego nie życzę, bo kiedy czasu brakuje nam na podstawowe życiowe czynności takie jak zrobienie prania czy przygotowanie jedzenia to zaczynamy się załamywać.



Zapewne wiele z Was wie o czym mówię i powie, że trzeba po prostu zacisnąć zęby i to przetrwać. Ja to wiem. Tylko męczy mnie zaistniała sytuacja i brakuje mi takich błahych rzeczy jak chociażby ten blog.

Od paru tygodni każdy dzień jest bardziej wypełniony. Prawdę mówiąc, gdy dzisiaj na chwilkę usiadłam w fotelu i miałam czas na obcięcie paznokci ( przestałam pamiętać czym jest w ogóle lakier i kiedy ostatnio na nich był... ) to byłam potwornie zdziwiona. Aż tak ostrożnie wypuściłam powietrze z płuc i głęboko zastanowiłam się czy na pewno o czymś nie zapomniałam. Długo nie posiedziałam, ale wierzcie lub nie: nie pamiętam kiedy ostatnio miałam okazję gdzieś się nie śpieszyć.
Nie będę tutaj wymieniać listy moich obowiązków, bo to nie wyścig na to kto ma dłuższą listę to do.

Dążę jedynie do tego, że boję się o przyszłość mojego skrawka internetu. Nigdy nie traktowałam go jak obowiązku, zawsze było to przemiłe hobby i niejednokrotnie źródło ciekawej wiedzy. Zastanawiam się jedynie czy nie doszłam właśnie do końca mojego blogowego rozdziału.



Nie chcę przestać blogować. Naprawdę wciąż siedzi we mnie chęć pisania na przeróżne tematy: mam w mojej głowie parę recenzji, chcę Wam pokazać nowe miejsca, podzielić się przemyśleniami czy pochwalić paroma rzeczami. Uwielbiam otrzymywać komentarze, szczególnie te, w których oprócz lakonicznego fajne! czytelnik przekazuje mi swoje cenne myśli i często pokazuje odrębny punkt widzenia. Bardzo lubię też odwiedzać parę moich ulubionych miejsc w sieci, bo wbrew temu że nie znam osobiście autorów to poprzez blogowanie stali mi się przedziwnie bliscy. Jeżeli dojdzie do tego, że przestanę blogować, to na pewno nie stanie się to dlatego, że tego chcę, tylko z powodu jedynie 24 godzin w dobie.

Mam jednak nadzieję, że jeszcze sobie tutaj nieco razem powspółistniejemy. Szczególnie w wakacje, kiedy od sierpnia powinnam mieć nieco więcej czasu niż mam teraz. Poza tym od poniedziałku w naszym życiu pojawi się całkiem nowa postać i to wciąż zaprząta moje myśli. Na bieżąco możecie być ze mną na Instagramie ( @lavieselonmarie ), ale jak tylko złapię chwilkę to przestawię Wam tutaj naszego rudego pieseczka. Wciąż nie wierzę, że będzie z nami...

Tymczasem życzę miłego wieczora. Jeżeli macie parę zbędnych minut to podeślijcie, może posklejam z nich dodatkowy dzień w tygodniu.

Całuję!
M.

PS. Od tygodnia próbuję sklecić w głowie ulubieńców czerwca. Mam nadzieję, ze w końcu się uda!

PSS. Przepraszam za takie smutki, niektórzy czasami myślą, że blogerki/vlogerki i inne internetowe postacie nie mają żadnego realnego życia i największym ich zmartwieniem jest poranny wybór cienia do powiek. Tak się jednak składa, że często z trudem wyrywamy kawałek swojej codzienności w celu sprawienia sobie przyjemności uderzaniem palcami w klawiaturę i wylewaniem różnych myśli.
Znam takie osoby, które lubią sobie na prawo i lewo powiedzieć jaka to nie jestem leniwa bo przecież mam czas na takie rzeczy jak blogowanie. Niestety wszystkim nie dogodzę.

5 lipca 2014

Lody Marczak we Wrocławiu



Mam ostatnio tak niewiele czasu, że tekst do tego posta pisałam na raty w tramwajach... Bardzo chciałabym wiedzieć kiedy uda mi się wrócić do regularnego pisania, ale póki nie uspokoi się całe szaleństwo wokół mnie to niestety nie ma co na to liczyć... A mam tyle pomysłów w głowie! 

Wróćmy jednak do tematu posta, który bardzo pasuje szczególnie do wysokich temperatur, które obecnie u nas zawitały.

***

Od pewnego czasu miałam na oku lodziarnię Lody Marczak, która w kwietniu została otwarta we Wroclawiu. Marka produkuje lody od 1985 roku i ma parę punktów rozsianych po Polsce: po Kępnie i Szczecinie zawitała właśnie do naszego miasta.
Pod moją recenzją Polish lodów Lody Marczak zostały wspomniane w komentarzach nie raz. Do tego piękna szata graficzna ich strony internetowej, którą odwiedziłam w celu zebrania podstawowych informacji, po prostu mnie urzekła.

Lodziarnia usytuowana jest na ul. Trzebnickiej 48 i wydaje mi się, ze lokalizacja nie przemawia na jej korzyść. Nigdy wczesniej nie było mi tutaj po drodze, więc postanowiłam wysiąść z tramwaju jadąc do lekarza specjalnie w celu sprawienia sobie słodkiej przyjemności. Pierwszy rzut oka niestety mnie rozczarował: schludna witryna aż prosi się o przeniesienie w bardziej urokliwe i spacerowe miejsce. Głośna ul. Trzebnicka i dresiarskie towarzystwo nie umiliło mi konsumpcji... 

Do wyboru mamy parę smaków, mniej i bardziej klasycznych. Cena jednej gałki to 3.50zl , a możemy za dopłatą zażyczyć sobie wyrabiany w lodziarni sos malinowy lub podanie lodów w formie kanapki lodowej.  Ta druga opcja szczególnie mnie zainteresowała. Dodam też, że osobiście wolę lody nakładane szpachelką bo wtedy łatwiej o uzyskanie efektu jednej porcji obok drugiej. Kulki najczęściej wymuszają jedzenie lodów w kolejność odwrotnej do nakładania. Taka drobnostka, ale po prostu mam swoje upodobania.

Lody Marczak we Wrocławiu



Wybrałam jednak klasycznie podaną w rożku straciatellę i pestkę dyni. Lody miały przyjemną konsystencję, aczkolwiek wole nieco bardziej miękkie i kremowe opcje. Nie były zbyt mocno zmrożone, ale ich struktura nie wyróżniła się ponad to co już znam. Straciatella mnie nie zawiodła i mój ulubiony smak z kawałeczkami czekolady zjadłam z radością. Pestka dyni była jednak rozczarowaniem. Delikatny zielonkawy odcień nie wyglądał sztucznie i naprawdę wierzę, ze był naturalny. Lodom bardzo brakowało jednak smaku, a szkoda bo to naprawdę ciekawa propozycja! Może zamysłem twórcy była delikatność, ale niestety smak został tutaj zdecydowanie za słabo zdefiniowany.

Smakował mi tez wafelek, który miło chrupał aż do samego końca i miał przyjemny aromat "pieca". Naprawdę kiedy tylko odłupałam jego kawałek to byłam bardzo pozytywnie zaskoczona jego smakiem i pozostał w mojej pamięci. Szkoda tylko, ze pod koniec konsumpcji zaczął od dołu przeciekać, a nie należę do osób jedzących lody powoli. 

Finalnie jestem w połowie rozczarowana. Po tak wychwalanych lodach spodziewałam się czegoś więcej, może nie warto próbować tworzenia ciekawych smaków, a zostać przy sprawdzonej klasyce? Wiele oczekiwałam od pestki dyni, a po pierwszym liźnięciu żałowałam, że nie wybrałam porcji czekoladowej... Są to smaczne lody i chętnie skosztowałabym opcji kanapki lodowej, ale na pewno specjalnie się na Trzebnickiej nie pojawię w celu zjedzenia deseru. Specjalne wyprawy rezerwuję dla miejsc, po odwiedzeniu których szczęka opadła mi na podłogę. Tu pozostało jedynie miłe lodowe wspomnienie z paroma plamami na wizerunku.
Niemniej jednak jeżeli macie po drodze to wstąpcie na gałkę, a właścicielowi lodziarni życzę jakiejś korzystniejszej lokalizacji w naszym wielkim mieście.

Całuję!
M.

28 czerwca 2014

Idą zmiany

Czerwiec dla studentów nigdy łatwy nie jest i prędzej czy późnej od blogowania musiała mnie odciągnąć sesja. Wczoraj ją troszkę opiłam, dzisiaj po prostu leniuchuję, ale od jutra znowu wkraczam na wysokie obroty.

W ogóle nie miałam ostatnio czasu na blogowanie. Ani na naskrobanie posta, ani na przeczytanie twórczości innych. Oprócz ślęczenia nad notatkami mój czas zajmowały inne sprawy, które ciągną za sobą pewne zmiany, których kompletnie się nie spodziewaliśmy. Mam wielką nadzieję, że zmiany będą tylko na lepsze i z utęsknieniem czekam na wszystko co ma się wydarzyć.

Napomknęłam też parę razy na temat pojawienia się w naszym życiu pewnego czworonoga. Nadal jest to prawdą, ale sprawy przybrały w ciągu ostatniego tygodnia zgoła inny obrót. Okazało się, że hodowla, z której miało pierwotnie pochodzić nasze szczenię, nie jest dobrym wyborem. Zostało zasiane ziarno wątpliwości, a ja zaczęłam szukać, węszyć, dzwonić i pytać... Serducho mnie bolało, ponieważ ostatnio oglądaliśmy już miski i nie wierzyłam w to, że nasze plany nie dojdą jednak do skutku. Na psiaka tej rasy czeka się w Polsce miesiącami i myśleliśmy, że niestety nasze szczęście nie przybędzie do nas ( tak jak od miesięcy planowaliśmy ) w drugiej połowie sierpnia. Postanowiliśmy w akcie rozpaczy rozszerzyć poszukiwania i chyba jakimś zrządzeniem losu pewna ruda kuleczka czekała na nas w Czechach.... :). Hodowca przeprowadził z nami odpowiedni wywiad, my posprawdzaliśmy również wszelkie ważne aspekty i za dwa tygodnie powinniśmy być już razem. Gdyby na początku tego tygodnia ktoś mi powiedział, że nasze marzenie spełni się o ponad miesiąc wcześniej niż oczekiwaliśmy to nigdy bym nie uwierzyła.

Dokładnie tego samego dnia znalazło nas mieszkanie. Tak, dziwnie to brzmi. Nie mieliśmy zamiaru zmieniać naszego lokum, ale wracając z zakupów zastałam na klatce schodowej ogłoszenie o mieszkaniu, które finalnie okazało się być idealne. Nieco większe, nieco ładniejsze i przytulniejsze. Również na dniach podjęliśmy więc decyzję o przeprowadzce, która odbędzie się już w poniedziałek! 

Wszystko toczyło się ostatnio tak szybko i działo się tak wiele na raz, że ciężko mi w to do końca uwierzyć. Gdzieś głęboko wierzę, że jest to jakieś jedno wielkie zrządzenie losu. A właściwie to wielka rewolucja.
Od połowy lipca na pewno nie raz przeczytacie tutaj o naszym nowym członku rodziny. W końcu to La vie selon Marie, a ten rudy przystojniak będzie częścią mojego życia.

Mam wielką nadzieję, że najbliższe dwa tygodnie szybko zlecą mi na odrabianiu praktyk, urządzaniu się w nowym lokum, uzupełniania wiedzy o szczenięcym wychowaniu, ćwiczeniach i innych sprawach. Przede mną niezwykle aktywne wakacje. Mam nadzieję, że będziecie ze mną :)

Całuję!
M.